Tym razem to ja zasiadam za sterami blogowego kokpitu. Wcześniej zawsze tu jakoś byłem, ale bardziej jako nawigator ;]. Dzisiaj obie ręce może nie całkiem pewnie, ale mocno trzymają się klawiatury. Zapinjcie pasy, poproście stewardessy o drinka, i, jak to mówi Stachu, “jadymy”!

(W ramach intro napiszę jeszcze tylko, że na końcu będzie bonus dla wytrwałych)

Na początek dobra nuta i wyjątkowy nawet jak na RHCP teledysk… ;>

Generalnie to zaczynam się ze Stachem dogadywać tak jak tylko dwóch facetów może. Ale do rzeczy. Nie będę ukrywał, że wyjazdu na lotnisko nie mogłem się doczekać bardziej niż Stachu. Pacholęciem będąc sklejałem modele, kazałem mamie kupować “Żołnierza Polskiego”, książki o samolotach i historii lotnictwa. Wtedy każda taka informacja, każdy nowy model samolotu w kiosku “Ruchu” była u mnie wydarzeniem miesiąca. W podstawówce, gdy na lekcję chemii (nie wiem czemu akurat chemii…) przyszedł absolwent ze Szkoły Orląt w Dęblinie, mój zdrowy rozsądek mocno ucierpiał w walce z ułańską fantazją, która rwała się, by po jego prezentacji wybiec i złożyć gdzieś jakiś podpis, deklarację… ale już wtedy byłem przymierzany do celów wyższych (sic!) niż pójście do wojska.

No i tak mi zostało; fascynacja magią latania, wolnością, fantazją i bohaterstwem rodem z legend Dywizjonu 303. Poza tym chyba każdy facet lubi jak coś się kręci, leci, rusza, a do tego ma dwie odjechane kierownice, mnóstwo wskaźników, przycisków, lewarków, dźwigni i innych wihajsterów. Więc wyobraźcie sobie moją dumę, gdy po wejściu na teren lotniska, gdy tylko z daleka rysowały się sylwetki tych wspaniałych maszyn, mój niespełna dwuletni syn dosłownie oniemiał z wrażenia, wyrywał mi się z rąk, plątały mu się nogi (tak szybko nimi przebierał), język (choć słów zna niewiele) a oczy zabłysły szczerą radością i nieposkromioną ciekawością.

1

Stach mógł dotknąć samolotu, usiąść za sterami, posłuchać z bliska ryku silnika, zobaczyć jak samolot ląduje, zaciągnąć się spalinami, smarem i benzyną.

6
12
3
13

Bez słów dzieliśmy tylko dla nas zrozumiały podziw, podniecenie i zachwyt.

2

To było coś wspaniałego, oglądać Stacha pod wpływem zdrowej, męskiej adrenaliny, która wydziela się chyba u każdego faceta na widok lądującego helikoptera. Staliśmy wtedy daleko od siebie, ale obaj ruszyliśmy z miejsca by podejść jak najbliżej. Mama Kasia coś tam podobno krzyczała do nas, że tam nie wolno, czy coś takiego. Ale jak nie wolno, jak helikopter jest?! Your argument is invalid.

5

Oczywiście nie obyło się bez specjalistycznego słownictwa, pogadanek czysto technicznych o zacięciu inżynieryjnym. Wujek Tomek, dzięki któremu nasza wyprawa w ogóle była możliwa, przypomniał nam, że to jest statecznik, wirnik a nie śmigło, lotki, klapy, że tak, to są wszystko Cessny, ale różne. A tutaj silnik jest tłokowy, a tam inny.

15

Stach znał  i potrafił nawet bez przygotowania wskazać i nazwać jedną bardzo ważną część samolotu – kółko. ;]

9

Więc wróciliśmy szczęśliwsi, mądrzejsi i spełnieni. Ja odkurzyłem marzenia o lataniu, odświeżyłem sobie cennik kursów szybowcowych (bo na inne zdrowie nie pozwala), dzięki czemu i ku uciesze Kasi, zostałem obiema nogami na ziemi.

8
10

Ale są jeszcze skoki spadochronowe. A tam był właśnie jeden taki samolot do skoków tandemowych… ale ciiiii… ; )

7

No i zgodnie z obietnicą…  bonus dla wytrwałych, czyli modny gif o tematyce Stach performing trochę-taki-prawie-moonwalk w hangarze

moonwalk_stach

 

P.S. Coś nam z tego wyjazdu do dziś zostało 😉

 16