Na początku grudniowego turnusu rehabilitacyjnego dopadł mnie straszliwy dół. Tak samo było pół roku wcześniej. Wiedziałam co mnie czeka, a jednak uderzyło mocno. Widok tylu chorych dzieci na raz, mnóstwo informacji o tym, co jest mojemu, co trzeba naprawić, co jest i będzie źle, do jakich kolejnych specjalistów się udać. A przecież Stach wygląda na zdrowego chłopca…

Każdego dnia zapisywałam istotne informacje, rady, wskazówki, kontakty. Każdego dnia rozmawiałam z innymi rodzicami i przeżywałam ich tragedie. Doskonale wiem jak to jest mieć niepełnosprawne dziecko. Każda historia choć inna to jednak taka sama.
Ten chłopiec mając 6 lat został pchnięty przez kolegę do rzeki. Dla zabawy. Potem śpiączka, a dziś wózek i rehabilitacja do końca życia.
Inny wracając ze szkoły został potrącony przez samochód. Dziś wózek i rehabilitacja do końca życia.
Dziewczynka – trudny poród i hemiplegia. Rehabilitacja do końca życia.
Chłopiec – infekcja i hemiplegia. Rehabilitacja do końca życia (?)
Stach – wylew w ciąży, hemiplegia i rehabilitacja. Do końca życia? Nie wiem.

Każdego rodzica i każde dziecko czeka ciężka praca. Jedni mają jej za sobą więcej, inni mniej, jeszcze inni prowadzą ją trochę inną drogą… Ale ja nie o tym chciałam.
Codziennie rano witały nas uśmiechnięte od ucha do ucha twarze. To rehabilitanci pracujący z niepełnosprawnymi dziećmi od rana do późnego popołudnia, niejednokrotnie daleko od rodzinnego domu. Każdy z nich z sercem na dłoni. Nieistotne było to, że mieli tylko jedną przerwę w całym dniu pracy. Oni podczas tej przerwy chcieli (!) zakleić moje dziecko tapingiem. Nieważne, że musieli jechać już do domu, oni jechali po pracy do apteki i wracali do mnie z lekami dla dziecka. Po pracy uczyli się tekstów aby na koniec turnusu zorganizować dla dzieciaków przedstawienie. Poświęcali całych siebie. Od poniedziałku do soboty, a czasem nawet do niedzieli. Wspierali dobrym słowem. Dla nich najważniejsze było dziecko. W każdym momencie.

Dni mijały, zbliżały się święta. Na ujeżdżalni gdzie odbywały się zajęcia z hipoterapii, terapeuci ciągle dorzucali do kominka. Stała tam ogromna choinka, pod którą spał kot. Jeśli nie spał to wskakiwał dzieciakom do wózków i tulił się. W sali z chiropraktyki leciały kolędy, a wujek Tomek podśpiewywał i dawał przedświąteczne prezenty, na terapii zajęciowej ciocie robiły z dziećmi ozdoby  świąteczne…

A każdy dzień w takiej atmosferze Stacha “ulepszał” : ) Często nawet nie wiedział, że ćwiczy. Był zagadywany, zabawiany, czasem tylko zachęcany ; ) Z dnia na dzień informacje docierające do mnie się zmieniały. Z tych najgorszych na te cudowne. Te, które chciałabym słyszeć jak najczęściej: “Ładnie stawia stopę”, “obciąża tą nogę”, “sam dobrowolnie korzysta z tej ręki”, “nie ma napięcia”…
Nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Chciałam zostać i pracować dalej. Są efekty, a stoją za nimi nasza praca, profesjonalny personel i dobrze wyposażony ośrodek.

Taka bajeczna ta nasza Zabajka.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Ani – mamy Isabel (możecie o niej poczytać, a także pomóc jej TUTAJ) i Natalie (na zdjęciu).

P.S. Dzięki przeogromne i dla Was za wsparcie finansowe. A TUTAJ informacje dla tych, którzy chcieliby nam pomóc.


_MG_3765-4
_MG_3772-4