i doceniam to jeszcze bardziej. Bo TU są dzieci, które przez kilkanaście lat swojego życia nie powiedziały nigdy “mamo”, które mają ataki padaczki co godzinę, które nie wiedzą jak smakuje chleb. Są dzieci, które czekają na operacje przecinania nerwów w Stanach za 60 tys.$. Dziewczynki i chłopcy, mali i duzi, po niedotlenieniach, udarach, zakażeniach…

Ciężko jest słuchać i widzieć takie problemy dzień w dzień.
“…wtedy już ratowali tylko mnie. Dwa razy przetaczali mi krew. Jestem pocięta wzdłuż i wszerz. Wyszarpali ją w końcu. Ma powykręcane kości rąk i nóg, mózg uszkodzony do tego stopnia, że nie widać zdrowych obszarów. Ataki padaczki. Żywienie przez rurkę. W atakach wyszarpuje sobie jelita. Po 10 latach wiem, że lepiej by było gdyby umarła, ale robimy dla niej wszystko…”

Codziennie uciekam na dwie godziny na spacer.

Ja wiem, że mój syn jest najmojszy i dla mnie jego problem największy ze wszystkich. Ale… ten problem jest do rozwiązania. A rozwiązywać go będziemy pomiędzy jego radościami, okrzykami, bieganiem, a nawet marudzeniem. Cieszę się, że tyle mamy.

happy1
happy2