Rzecz się dzieje na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach Ligocie.

Cztery miesiące oczekiwania na przyjęcie. Współlokator czekał tydzień, drugi 7 miesięcy. A wszyscy trafili w lutym w czasie swoich urodzin (serio! Stach 24 lutego, W1: 8 lutego, W2: 23 lutego- przypadek?)

Przed przyjazdem zapewnienia o możliwości spania w pokoju jednoosobowym, dwuosobowym lub 3. Z łazienką lub bez.
Po przyjeździe bez dyskusji dostaliśmy pokój trzyosobowy, ale tylko teoretycznie. Praktycznie: 5.
Ja spałam na dostawionym łóżku polowym. Druga mama z dzieckiem na łóżku. Po rozłożeniu mojego ledwo się dało wejść do pokoju.
Zamiast do małych dzieci przydzielili nam pokój z 18 latkiem (i jak tu się przebrać czy coś?!).

Cały oddział liczył 17 dzieci. Od 0 – 18 r.ż.

Codziennie mieliśmy rehabilitację (jedyna rzecz OK) i pole magnetyczne. Wymiennie hydroterapia z jakąś czerwoną lampą. Nikt nie wyjaśnił celowości i działania danych zabiegów (głównie pole i lampa – nie mam takiej wiedzy). Podczas zabiegów nie było nikogo z personelu. Sama musiałam wyłączać. Raz Stach zaczął mówić: “mamuniu nóżki gojące!” i uciekał z nogami z pola lampy. I ja nie wiem: tak ma być? Mam kogoś zawołać? Czy go to poparzy?

Ani przed wizytą lekarską, ani przed badaniem, ani przed zabiegami nikt nigdy, ani razu nie umył rąk (nie mówiąc już o dezynfekcji) przed dotykaniem Stacha. Jestem na to wyczulona – jestem położną.

Pierwszy wywiad lekarski: która ciąża, poród, czy wszystko ok, jakie dotychczas badania, itp.
Wywiad z terapeutą zajęciowym: te same pytania.
Wywiad z logopedą: te same pytania.
Wywiad z psycholog: te same pytania.
Do ch*** nikt nie czyta dokumentacji???!!!!!

Przydzielono nam szafkę na kluczyk z informacją: “proszę tam nie zostawiać niczego cennego bo te kluczyki pasują do każdej szafki“. Bez komentarza…

Rehabilitanci nigdy nie widzieli takiego splintu ortopedycznego, który ma Stach na rączce…

pielęgniarka: czy Staś ma jakąś dietę?
ja: nie, je wszystko.
p: czyli dieta małego dziecka?
ja: nie, je normalnie, wszystko.
Pierwszy posiłek: maleńkie porcje… a u innych schabowe – jak mu się oczy świeciły na te kotlety!!!

Podczas jednej jedynej wizyty lekarskiej (obchodu) cztery lub pięć osób rozwodziło się nad formalnymi sprawami związanymi z NFZtem a propos tego 18 latka… a o medycznym aspekcie naszego pobytu ani słowa.

Pewnego dnia siedziałam na łóżku Stacha. Oddziałowa się wydarła po mnie: przecież ono się zarwie! Ja jej na to, że tak się składa, że znam te łóżka bo jestem położną i wiem, że mają one nośność 80 kg. Jak widać ona nawet nie wie co za sprzęt ma na oddziale. Stwierdziła więc, że siedzenie u dziecka na łóżku jest nieestetyczne, a potem zaczęła się wykręcać lekarką, która rzekomo była moim zachowaniem oburzona.
Musiałam jej w tym momencie zalecić przejście się po oddziale, który sam w sobie jest nieestetyczny z “koczowaniem” rodziców (bo inaczej tego nazwać nie można) na czele. A oddział jest nowy. Jak widać idzie na ilość, a nie jakość.
Estetyczne jest przewijanie kupska na łóżeczku – miejscu, na którym dziecko śpi? Albo na podłodze? Albo stole? Na oddziale ani jednego przewijaka! Na stacjach benzynowych są! W pubach! Na dworcach! A na oddziale dziecięcym brak!

Logopeda… Stach mówi bardzo dużo. Niespełna dwulatek potrafi opowiadać o maciupeńkim hipopotamie (jednym tchem to wypowiada). Pani logopeda robiąc taaaakie oczy wybucha śmiechem mówiąc: “proszę mi wybaczyć, że się śmieję, ale tak gadatliwego dwulatka jeszcze nie widziałam”. No to co sobie wymyśliła? Że ten dwulatek sepleni… ręce mi opadły. Ja tu przyszłam z hemiplegią (niedowładem ciała), a ona… kazała mi natychmiast (tu! już! teraz! w szpitalu!) odstawić smoczek i butelkę. Dziecko moje w domu przesypia całe noce, smoka w nocy wypluwa, a w szpitalu budzi się z płaczem, smoka dopomina (logiczne – nie jest u siebie, nie ma poczucia bezpieczeństwa). Co z tego, że ze mną w pokoju ktoś jeszcze śpi. Odstawiać natychmiast!
kiwałam tylko głową…

Podaję do historii medycznej: w domu mamy dwa lub trzy razy tygodniowo ćwiczenia indywidualne, dwa razy zajęcia grupowe, terapię zajęciową, zajęcia z pedagog, zajęcia z logopedą, akupunkturę (to wszystko na NFZ), a poza tym basen i jak jest ładna pogoda to hipoterapię. Ćwiczymy też w domu. Pani w szoku… nigdy nie widziała tak intensywnej rehabilitacji. Najczęściej dzieciaki mają raz lub dwa w tygodniu. Nie rozumiem tego, my robimy wszystko co w naszej mocy aby zapewnić Stachowi porządną rehabilitację. Nie mamy sobie nic do zarzucenia, walczymy, czekamy, piszemy, zapisujemy, dzwonimy, płacimy.
Co się okazało? Że więcej, że lepiej, że taniej, że w lepszych warunkach mamy wszystko w domu.
Poza tym Stacha urodziny… w szpitalu?!

W dniu wypisu poszłam do pani psycholog, żeby się upewnić w swojej decyzji. Zapytałam, o której kończy oddziałowa, bo chcę jeszcze zdążyć wypełnić wszystkie formalności. Odpowiedź: o 15.00. Ufff, zdążę, jest 14.40. Taaaa…. oddziałowa już sobie do domku poszła.

Mój nocleg 13 zł x 21 = 273 zł
+ moje codzienne posiłki…
+ paliwo odwiedzających…

Wnioski nasunęły nam się same. Szkoda, że po 4 dniach.
Wróciliśmy do domu.
Chorzy (no cóż… łazienka na zimnym korytarzu).

Nie, nie zostawię tak tego. Pismo do dyrektora szpitala i do NFZtu już się pisze. Uważam, że dzięki takiej mojej postawie, ani Stach w przyszłości, ani ja, nie będę sobie mogła zarzucić, że czegoś nie zrobiłam, lub że zrobiłam za mało. Dzięki temu mamy teraz to co mamy. Istnieje Fundacja Rodzić po Ludzku. A może by tak stworzyć Fundację Rehabilitacja po Ludzku?
Nie o wszystkim tu napisałam. Zostawiłam sobie parę wisienek.
Podsumowując – nie polecam Oddziału.